czwartek, 29 sierpnia 2013

Lublin, a Lublin

Tydzień temu, mianowicie w czwartek, w ramach "rodzinnego wyjazdu", odwiedziłam Lublin. Jechałam tam, szczerze mówiąc, bez wielkiego entuzjazmu, gdyż nie kojarzyłam z tym miastem jakichś szczególnych walorów. Zawitałam tam kiedyś na wycieczce szkolnej do Radia Lublin. Była jesień, typowa NIE-"złota polska". Zimna, szara i mglista. Na dodatek coś deszczopodobnego sączyło się z nieba. Zamiast wysiadać z autokaru, miałam ochotę wracać do domu. Zabawne, jak pogoda może ukształtować ludzkie poglądy na temat konkretnego miejsca.
Tym razem jednak, Lublin okazał się miłym zaskoczeniem. Słoneczna, letnia pogoda pozwoliła mi poznać go w końcu z tej lepszej strony. Miasto składa się z wielu zabytkowych zabudowań, między którymi kryją się urokliwe uliczki i klimatyczne knajpki.


 

Odbywał się tam też wtedy Jarmark Jagielloński, z powodu którego właściwie się tam wybraliśmy. Sporo się działo. Albo raczej sporo było do oglądania / kupowania. Najbardziej urzekły mnie i wręcz zatrzymały przy stoisku wełniane koty <3


Stwierdziłam jednak, że nie byłabym dobrą właścicielką takiego stwora. U mnie zbierałby tylko kurz na jakimś godnym stanowisku, dlatego zostawiłam je z nadzieją, że trafią w jakieś lepsze ręce, niż moje.


Wypuścić z rąk natomiast już nie mogłam pary błyskotek, które od razu wpadły mi w oko. Naszyjnik i bransoletka z małych, drobnych koralików. 

Razem całe 25zł. Czy nie warto? <3

W pewnym momencie nie dało się nie usłyszeć dziwnego huku, który w miarę narastania przypominał coraz bardziej brzmienie bębnów i dud. Była to "węgierska grupa muzyczna grająca muzykę średniowieczną". Wśród nich był też koleś wymachujący węgierską flagą, jadący na wielkiej, miedzianej kurze. Udeptywał kolegom drogę.


Jeden z nich prawie wpadł mi w oko. Ładnie grał na bębnie i całkiem dobrze się prezentował. I miał niezły trawniczek na plecach xD


A to mój drugi faworyt. Strój: +100 do bycia przystojnym.


Przez pół dnia moje oczy zwiedziły każde stoisko co najmniej raz. A nie było to małe przedsięwzięcie. Kupcy handlowali najróżniejszymi rzeczami. Oprócz wyżej już wymienionych kotów i biżuterii można było tam znaleźć wełniane wzorzyste koce i narzuty, wieńce z suszonych kwiatów, ozdoby plecione ze słomy, drewniane łyżki, gliniane malowane naczynia, witraże, ekologiczne kosmetyki i żarełko: swojski chleb ze smalcem, pierogi, żydowskie cebularze i smażone placki z ciasta przypominającego francuskie nadziewane mięsem, które pachniały mi przez całą powrotną drogę na tylnym siedzeniu.


Nie życzę, nie radzę i nie polecam nikomu pisać posta "na raty"!

niedziela, 18 sierpnia 2013

Powrót pozytywnych myśli

Kurde. Co tu dużo kryć, nie było mnie tu dość długo. Nie było mnie, i to na serio. Komputer ostatnimi czasy przestał być dla mnie atrakcyjnym towarzystwem, a perspektywa posiedzenia przy nim przez dłuższy czas z angażem mózgu wydawała się bardzo przykra. Ograniczałam się zatem do sprawdzania poczty i fejsa. Ach. I wyników rekrutacji. No tak, przez dłuższy czas czułam się, jak zawieszony w powietrzu przedmiot. Nie wiedziałam, co będzie dalej i nie zależało to już ode mnie. Po każdym kolejnym ogłoszeniu liczby wolnych miejsc na moim kierunku studiów miałam jakieś szanse, jakieś nadzieje, ale za każdym razem ktoś lepszy się przenosił i wypychał mnie z kolejki. Cóż, było to dość frustrujące. Opcja zmiany kierunku w trakcie rekrutacji to jak dla mnie niesprawiedliwy i raczej kiepski pomysł ze strony uczelni. No i... będę studiować na innej. Mam nadzieję, że wyjdzie mi ona na dobre i coraz pozytywniej się do niej nastawiam.

To tyle z mojej strony na dziś. Zaraz zabieram się za swoje zaległości blogowe i do pracy nad kolejnymi postami. Następny wkrótce! ;)



Arctic Monkeys - Why'd you only call me when you're high

niedziela, 14 lipca 2013

Co tam?

Lubię letnie, ciepłe, weekendowe wieczory. Lubię spędzać je na rowerze. Słońce rzuca pomarańczowy blask, w powietrzu czuć zapach grillowanego żarcia, a bezpańskie psy kręcące się przy drodze dodają adrenaliny.

Co tam u mnie? Mam tak dużo wolnego czasu, że tylko szastać. Rzadko jestem w domu, częściej w pociągu albo w biurze, tudzież na spotkaniu. Powinnam na nowo zaprzyjaźnić się z kalendarzykiem. Do mojego słownictwa znowu wkradają się wulgaryzmy. Klnę jak szewc wśród przyjaciół, za to mój szef przeprasza mnie za brzydkie słowa w mojej obecności xD



Głębszy oddech łapię w weekendy, eksploatując rower. Mam teraz na niego niezłe parcie. Ostatni wypad, jaki zrobiłyśmy z koleżanką, to... 40 km. Sama byłam mocno zdziwiona po sprawdzeniu.

A to taka mała regeneracja na koniec trasy ;)

Stwierdzam też, że jestem beznadziejna w odchudzaniu się. Wpier*alam wszystko, co słodkie na mojej drodze. Nie pomaga też myśl o weselu, na które idę za miesiąc. Idę, choć jak na razie nie wiem ani z kim pójdę, ani w co się ubiorę <3 No i prawdopodobnie powinnam poszukać dobrego psychiatry.

Cóż, to by było na tyle. Częstuję kawałkiem z yt.


poniedziałek, 1 lipca 2013

Jest okładka, jest książka, jest przesłanie

Odkopałam swoje stare nagłówkowe materiały, pobawiłam się i stworzyłam to, co właśnie widnieje na samej górze. Czy wyszło, czy nie - oceńcie sami. Ja mogę stwierdzić, że mi się podoba. Moje ulubione kolory + wakacyjny klimat i Marylin, którą też lubię. Dla mnie wszystko na miejscu.

Jakiś czas temu byłam przelotem w miejskiej bibliotece i wypożyczyłam sobie kilka książek. Coś na zasadzie: No to wezmę to, to, to... o, i jeszcze to. Był to taki mały przetarg w przyciąganiu mojego wzroku. Bez skrupułów ominęłam słynną zasadę Nie oceniaj książki po okładce i popędziłam do... hm, kasy.
Jeden z moich łupów zabrałam w podróż pociągiem. Lubię poczytać sobie dla zabicia nudy.
Intrygującą opowieść zapowiedziały już pierwsze słowa:

Miłość wisiała w powietrzu...

Kolejne wersy, pełne wysublimowanych opisów, wręcz przytwierdzały wzrok do kart książki:

Andrea była wysoka i wzburzona. Ja byłem nieco niższy. Ona paliła papierosy. Ja pracowałem w sklepie, w którym sprzedawano różne rzeczy. Odkąd się w sobie zakochaliśmy, chodziliśmy zawsze razem na róg Trzydziestej Siódmej (...).


Wymiękłam po dwóch stronach, gdy główny bohater zakochał się w swoim taksówkarzu, o nazwisku przypominającym słowo, które można przypadkowo wystukać, opierając się niechcący o klawiaturę peceta. Otworzyłam tył okładki. Na początku Andrea kocha się w Davidzie - albo może w Joe - który z kolei zakochuje się w Peterze, taksówkarzu. Na końcu Joe jedzie taksówką i zakochuje się w Andrei, choć to może nie jest Andrea (...) (...) (...).
Przesłanie, jakich mało.

Na koniec, kilka zdjęć z ostatnich dni:


Kocia joga :D




czwartek, 27 czerwca 2013

A dziś jestę kucharzę / cz.1

Z racji tego, że każdy udany wyczyn w kuchni wprawia mnie w dumę, postanowiłam od czasu do czasu pochwalić się tutaj moimi eksperymentami. Żadnych majstersztyków tu nie znajdziecie, ale może chociaż jakąś inspirację na stworzenie czegoś smacznego :) (mam taką nadzieję przynajmniej).

Shake waniliowo - bananowy

 Składniki na dwie niewielkie porcje:
* 1 budyń waniliowy (ilość w zależności od upodobań - ja wykorzystałam połowę)
* pół banana
* napój mleczny o smaku bananowym lub mleko + cukier waniliowy
coś do dekoracji, czyli:
* bita śmietana, starta gorzka czekolada, może być też cappuccino

Przygotowanie:
Pokroiłam banana w plasterki i zalałam napojem.


Dodałam budyń i zblendowałam.


Przelany do szklanki shake posypałam gorzką czekoladą i cappuccino.


Polecam! :D
Z budyniem shake jest fajnie gęsty, także myślę, że to całkiem dobre połączenie. A jeśli chodzi o płyn pod żółtą nakrętką, to szczerze mówiąc, dla mnie był nie do wypicia solo (słooodki), dlatego go tutaj wykorzystałam. Następnym razem raczej skorzystam z zamiennika :)


środa, 12 czerwca 2013

Aleją gwiazd

Lol, uwielbiam swoje łącze internetowe. Włączając jakąś mniej lub bardziej skomplikowaną stronę, za każdym razem zastanawiam się, czy wczyta się tak, jak trzeba, czy w wersji podstawowej z białym tłem i niebieskimi linkami. Cóż, mój malowniczy wygwizdów ma swoje ograniczenia.

Wczoraj, podczas podróży pociągiem, przysiadł się do mnie człowiek, który brutalnie oderwał mój wzrok od widoku za oknem. Uzbrojony był w empetrójkę i słuchawki (i dwoje oczu nienaturalnie oddalonych od siebie). Normalnie raczej nie wzbudziłby we mnie negatywnych emocji, jednak poziom głośności jego repertuaru zmuszał wszystkich wokół do słyszenia i rozumienia słowo w słowo jego treści. I to nie byle jakiej treści. Ale do tego jeszcze wrócę.

Na szczęście nie był to dzień, w którym zapomniałam słuchawek do telefonu. Aby słyszeć własną muzykę, musiałam podkręcić głośność dwa razy wyżej, niż zwykle i unikać kawałków ze słabo zapełnionym tłem.
Czemu ludzie tak się zachowują? Patrząc posępnie to na niego, to w szybę, zastanawiałam się, czy to praca jego mózgu jest na tyle oporna i głośna, że chce ją za wszelką cenę zagłuszyć, jego myśli kosmate i nieczyste, że chce się ich pozbyć, czy też ma zadanie obserwować, jak ludzie reagują na świrów w pociągach.

Moje rozważania nie trwały jednak długo, bo - ku mojej radości - zaraz miałam wysiadać. Schowałam słuchawki i stanęłam przy drzwiach, wyczekując ich otwarcia, ale... No właśnie, co mogło się stać? Pociąg zatrzymał się tuż przed stacją. Jeszcze chwilka. Jaaasne. Słowo daję, nie pamiętam chyba dłuższej. ALEJĄ GWIAZD, ALEJĄ GWIAZD BIEGNIEMY... jeszcze dźwięczy mi w uszach. Były to piosenki Zdzisławy Sośnickiej (teraz już wiem). Z całym szacunkiem, ale chyba już ich nie polubię.

Wysiadłam, a mój towarzysz odjechał. Aleją gwiazd. Szerokiej drogi.

To chyba najgorsza forma egoizmu w środkach komunikacji publicznej.
Czemu się nie przesiadłam? Nie wiem. Pewnie po prostu mi się nie chciało.


Zdjęcie znalezione w Google


poniedziałek, 3 czerwca 2013

Always on the run

Sądziłam, jak widać, naiwnie, że w wakacje złapię oddech i czas będę mieć na wszystko. Naiwnie. Zdobycie pracy przez koleżankę zmotywowało mnie do znalezienia swojej. Scrollowanie ofert na gumtree przez dwa wieczory i wysłanie cv razy kilka zaowocowało dwiema rozmowami kwalifikacyjnymi. Pierwsza - do kawiarni na Nowym Świecie. Praca zmianowa od 6.00 do popołudnia lub od popołudnia do 22/23:00. Jakieś zastrzeżenia? Skądże. Druga - mówiąc krótko, biuro. Miły pan w garniaku, miła rozmowa. "Ja jestem na tak, zapraszam za dwa dni". Za dwa dni dwóch panów w garniakach i podchwytliwe pytania. "Witamy na pokładzie". Zastanawiam się tylko, kiedy moje wtargnięcie na owy pokład poprą zyski na moim skromnym koncie bankowym. Na razie czeka mnie szereg szkoleń.

Ostatnich kilka dni nauczyło mnie, że spotkania z przyjaciółmi mogą być wyczerpujące. I to dosłownie. Po przejechaniu 10-20 km rowerem (przy mojej kondycji, zaznaczam), można tylko zsiąść i doświadczać jakże miłego zjawiska uginania się nóg, bólu w tylnej części ciała, tudzież wilgoci w kilku innych. Najlepiej jednak przebrać się, usiąść i nie wstawać z miejsca do końca dnia.

Po uświadomieniu sobie, że czas na ewentualny telefon z kawiarni minął, zrobiło mi się niezmiernie smutno. Przemyślałam ponownie wszystkie za i przeciw pracy tam i z przykrością pogodziłam się z tym, że nie dano mi szansy grzecznego odmówienia.

Pomiędzy żalem, wydzielaniem potu i eleganckimi spotkaniami, mój czas dzielił się też na dwa 'ogniska' (koniec końców odbywające się w domu), grill rodziców, (po części wiążącym się z tym) zatrudnieniem mnie jako niekoniecznie taniej siły roboczej, przeprowadzkę do nowego komputera oraz mecz futbolu amerykańskiego.

Ponadto obmyślam chytry plan zmienienia czegoś na blogu. Czy będą to zmiany diametralne, jeszcze nie wiem, ale mój mózg pracuje.
A może... jakieś sugestie? :)

A propo.


poniedziałek, 20 maja 2013

Optymistycznie

Ha! Jestem. Żyję. Maturki już w końcu za mną. Przypuszczam nawet, że wszystkie zdałam. Tak, jestem teraz pełnoprawnym obywatelem z wykształceniem średnim. Bije ze mnie duma.
Choć byłam dość skąpa na czas przed maturą, moje przygotowania do niej były lekko nieogarnięte. W ramach nauki do geografii, narysowałam sobie nawet mapę świata, z zamiarem jej zapełnienia najmniej wchodzącymi do głowy informacjami, lecz wyszło na to, że dzień przed egzaminem narysowałam na niej prądy morskie. I tak zostały, osamotnione z konturem. Najwięcej wieczorów przy biurku poświęciłam chyba matematyce i z czasem, mi - tumanowi w tej dziedzinie - rozwiązywanie zadanek zaczęło sprawiać frajdę (owszem, gdy alternatywą były zeszyty z polskiego, czy prezentacja). Ponadto zakpiłam sobie z ustnego angielskiego, a w zamian za to - angielski ustny zakpił sobie ze mnie. Dostałam pokręcone pytania i poszło mi słabo.

Przerwa od bloga zaś, była po prostu prezentem ode mnie dla mnie później, w postaci czystego sumienia. Pewności, że, w miarę możliwości, wykorzystałam ten kawałek czasu na naukę, która była wtedy najważniejsza.

Lekko mi teraz. Wreszcie nic nie dobija się natarczywie do mojej głowy z krzykiem: jestem ważne! pomyśl o mnie! Żeby jednak mieć fizyczne podstawy do takiego poczucia, muszę zredukować trochę masy, której nabrałam wiosną. Tak, dużo nauki, mało ruchu i dużo słodyczy. Nie działa to na mnie zbyt pozytywnie. Moja kondycja również woła o pomstę do nieba. Także, koniec maja w moim wykonaniu zapowiada się aktywnie. A przynajmniej chciałby się tak zapowiadać.


A oto i moja mapa. W niektórych miejscach trochę poniosła mnie fantazja, ale jak dla mnie wygląda to na tyle realistycznie, że sama jestem sobie w stanie uwierzyć, że tak właśnie to wygląda xd


czwartek, 11 kwietnia 2013

Picky, picky time

Zaczynam być aspołeczna. Jakkolwiek wcześniej byłam lub nie byłam, teraz na prawdę (Karina? :D) jestem. W szkole zamulam, nie chce mi się z nikim gadać, wszyscy i wszystko mnie denerwuje. Przeraża mnie to, że najczęściej widzę tylko negatywne cechy mojego rozmówcy. W domu jest podobnie. Czasem po prostu wolę się nie odzywać, bo wiem, że nie wyjdzie z tego nic dobrego. Bardziej, niż zwykle przeszkadza mi hałas (Chyba się starzeję xd). Wystarczy, że coś większego spadnie na podłogę albo głośniej walnie, a ja podskakuję, jak moja koleżanka na dźwięk petard. No i ogólnie, tak jakoś mam słabe samopoczucie.

A propos starzenia się. W piątek zaczynam ostatni rok mojego nastoletniego życia. Wiem, brzmi strasznie.
19 lat to jakoś tak za dużo, jak na mnie xd. Znowu trudno mi będzie się przyzwyczaić.
Sporo się wydarzyło w ostatnim roku. Stałam się mądrzejsza po kilku błędach, wyciągnęłam wnioski z kilku zdarzeń, schudłam, przytyłam, zrobiłam prawko, rozwiązałam 5 tysięcy zadań z matematyki (co nawet trochę mi pomogło!), przeczytałam wszystkie lektury z literatury wojennej... (O nie. Znowu wkraczam na temat szkoły. Nie nie nie!)
Rok temu o północy ryczałam w swoje urodziny. No bo 18 to takie symboliczne. A miałam widocznie jakiś gorszy dzień... Pocieszał mnie chłopak. Na gadu. How lovely. Cóż. W tym roku myślę, że ryczenie sobie już daruję. No i nie miałby mnie kto pocieszać xd.

Z okazji... (hmm) wiosny, wyprostowałam włosy. No ok, nie było okazji. Choć właściwie "okazją" staje się to, że je wyprostuję, bo robię to średnio raz na dwa lata. Lubię moje włosy, gdy są proste, ale ilość pracy, jaką muszę w to włożyć jest niestety nie współmierna do efektu.

Proste i naturalne. Jest różnica xd

Marzą mi się jakieś wygodne, sportowe buty. Moje najnowsze, takie sportowe właśnie, mają 4 lata. I nieco się zdarły. Po, nie ukrywając, płytkim przeanalizowaniu asortymentu kilku sklepów sportowych, stwierdziłam, podobają mi się air maxy. W sumie dużo osób w szkole je nosi, sama nie wiedziałam, czy to tylko dla lansu. Coś musi w nich być. Odwiedziłam więc najbliższy dostępny sklep Nike i takie przymierzyłam. Były taaakie wygodne. Choć było w nich dość ciepło, bo są trochę grube.
Chciałam je sobie zamówić drogą internetową, lecz natrafiłam na wiele stron z podróbkami (dowiedziałam się nawet, czym się różnią od tych wiarygodnych). Byłam też w Wawie w dwóch sklepach, ale jakoś tak wyszło, że gama kolorystyczna mnie nie powaliła (a jeśli już, to powaliła mnie cena). Zupełnie co innego, niż oferta wujka Google. To kilka najładniejszych, jakie znalazłam. Najbardziej podobają mi się te ostatnie, ale niestety nie można ich dostać w Polsce. 

 
 

No i mam do Was pytanie. Macie air maxy? Może ktoś poleci mi jakiś sklep internetowy lub nie, gdzie można je nabyć? :)

Ostatnio coraz rzadziej tu bywam. To fakt, nie oszukujmy się. Średnio co miesiąc odwiedzam innych i odpowiadam na komentarze, a średnio co półtora dodaję nowego posta. I tu niestety muszę się otrzeć o krawędź tematu szkolno-maturalnego. Dzieląc swój czas na sto drobnych części, nie ogarnę wszystkiego, a jeśli mam coś robić, to chcę to robić dobrze. Poza tym, liczą się też priorytety. Sporo zależy od tego, jak zdam maturę, więc to na niej wolę się teraz skupić. Także nie będę udawać, że tu jestem. Wrócę po maturkach ;)

Także do przeczytania po 20 maja! :*

czwartek, 21 marca 2013

Życie zaczyna się po maturze!

To już miesiąc niepisania. Mówiłam już, że czas szybko leci? Coś chyba wspominałam. Czas leci, a pogoda stoi w miejscu. Naprawdę, nic tak nie motywuje do nauki półtora miesiąca przed maturą, jak zima za oknem. No tak, przecież to jeszcze zima, a matura dopiero w maju. Kawał czasu.
Ogólnie, to nie mam na nic czasu. Prawie dosłownie. Jestem w tyle ze wszystkim. Powinnam ćwiczyć zadania z maty i powtarzać geografię. Tak lekko mówiąc, zbytnio nie poszła mi próbna z matematyki. Z tym wynikiem, aby dosięgnąć progu procentowego moich studiów, musiałabym mieć 96% z rozszerzonej geografii. Mhm, nie ma sprawy. Co lepsze, przyspieszyli nam termin oddania bibliografii na ustny polski, a nasza babka wymaga od nas jeszcze konspektu razem z tym. Powiedziała nam o tym półtora tygodnia przed tymże terminem, a trzy dni przed jej własnym, kiedy to, z całą siłą swoich wiecznie niezadowolonych oczu i kwaśnej miny, wymagała od wszystkich humanów oddania pracy do sprawdzenia. Ja myślę, że powinna była wyznaczyć na to jakiś miesiąc więcej, bo przy średniej ilości 15 poprawek na pracę, nie wszyscy mogą się wyrobić na czas, żeby pani B. była zadowolona.
Szczerze mówiąc, temat ustnej matury z języka polskiego niesamowicie mnie dobija. Każdy musi poświęcić na to od cholery czasu (napisanie pracy, napisanie bibliografii i planu prezentacji, nauczenie się pracy), a nikomu, z małymi wyjątkami, się to do niczego nie przydaje. Szczególnie teraz przed maturą muszę być na tyle hojna, żeby marnować czas na takie duperele.

Dzisiaj, jak właściwie co roku, odbyły się w mojej szkole Targi Szkół Wyższych. Czyli raj dla chytrych bab.
Właściwie cała szkoła na nie czeka. Są stoiska. Są krówki, darmowe przybory szkolne. To, co każdy lubi.
Po lewej część mojej zdobyczy. Mam jeszcze całą garść słodyczy. Ale daleko mi do rekordzistów :D
Były też przypinki z życiowymi sentencjami i miniaturowe gabinety kosmetyczne. Babki zaopatrzone w różne perłowe cienie i szminki wybierały z tłumu ofiary i je malowały.
Ja miałam szczęście być oznaczona tylko przypinką.
Happy me.


Podejmując na nowo jakże ciekawy temat pogody, stwierdzam, że wiosna zafundowała nam idealną aurę z okazji swojego pierwszego dnia. A przynajmniej u mnie była ona stupięcioprocentowo wiosenna.


Dlatego też stwierdziłam, że najwyższy już czas dać dobry przykład, zmieniając nagłówek. Zrobiony z resztą już jakiś czas temu. Jak ja chciałabym w końcu ubrać się jak człowiek na wiosnę. Bez czapki. W płaszczyku, a nie zimowej kurtce...

Łoł, całkiem dużo tekstu wyszło. Nie spodziewałam się tego po sobie. Dziś pisząc wypracowanie z polskiego nie miałam takiej weny. W sumie może to dlatego, że nie jestem najlepsza z interpretacji tekstu?
No tak, cały czas gadam o szkole. Pomijając pierwsze wiosenne ataki śmiechu, moje poczucie humoru też ostatnio zamiera. Zaczynam się o siebie martwić. Ale... nawiązując do mojej życiowej przypinki... Zaczynam życie po maturze! To będzie moja dewiza na najbliższe dwa miesiące.


Zawijam kiecę i lecę robić dialog na hiszpana. Będzie ciekawie. Na komentarze postaram się odpowiedzieć, w miarę możliwości, w najbliższym czasie. Straaasznie mi miło, że ktoś oczekiwał tego nowego posta :* Dziękuję. I przepraszam, że tak rzadko się tu odzywam. No i znowu odsyłam tu do przypinki ;)
Do napisania. Trzymajcie się :*

wtorek, 19 lutego 2013

Oglądając płatki róży

Czas leci jak nieubłagany. Życie płynie, a dni spędza się na niczym. Na prawdę łatwo wpaść w monotonię. Choć u mnie względnie dzieje się nawet sporo i moje życie bywało mniej ciekawe, niż teraz, czuję się znudzona wszystkim do reszty. Szczerze mam nadzieję, że to przez tę pogodę. Że powodem jest ta cała zimowa chandra, albo to, że znowu jestem chora i że to niedługo przejdzie.


Ja jestem trochę świeżej po walentynkach, niż zapewne wszyscy. Obchodziłam je w sobotę. Dostałam dzień wolny przeznaczony na spędzenie ze mną, przyrządzony na tę okazję obiad oraz różę. Ja podarowałam cukierki w własnoręcznie zrobionym, odświętnym pudełku. Dzień był bardzo udany. Choć wydaje się taki coraz mniej z perspektywy czasu. I mimo wszystko nie jest idealnie. Choć mogłoby być.


Biorę się za drugą połowę zaczętego już "Innego świata". Książka duża, tematyka być może zniechęcająca. Ale chciałam ją przeczytać, nie tylko dlatego, że powinnam. Upamiętnia ona los i opowiada historię kruchego życia setek tysięcy niesprawiedliwie uwięzionych ludzi. Strasznie poruszają mnie tego typu historie wojenne. Ludzie w tamtych czasach przeżywali ot tak coś, czego my nie potrafimy sobie dziś wyobrazić. Żyli w na prawdę innym świecie.

Dorzucam też nowo poznaną piosenkę. Od razu mi się spodobała. Jest taka na luzie i mimo braku jakiegoś szybkiego tempa, wcale nie jest nudna, a mi poprawia humor :)


Trzymajcie się ciepło, choć to dzisiaj trudne :)

sobota, 9 lutego 2013

Ogarnięcie, przybądź!

To aż smutne, jak rzadko ostatnio tu zaglądam. Ale powiem szczerze, nie mam czasu. Mam wrażenie, że teraz w ferie mam (a właściwie miałam) go jeszcze mniej, niż w czasie szkoły. Jak zwykle moje własne, naukowe ambicje mnie przerosły. Zrobiłam jakąś połowę tego, co zamierzałam. Ale to też przez moje "szczęście". Jeśli los stawia na mojej drodze faceta, to ma w tym tak cudowne wyczucie, że aż trudno uwierzyć. Miałam problem, z kim pójść na studniówkę, a teraz, gdy matura coraz bliżej, ktoś podkrada mój czas, co gorsza nie napotykając się na większy opór. Ale nie, muszę ustalić sobie w końcu priorytety. Jeśli ta znajomość ma trwać dłużej, to przetrwa i czas mojej nauki przedmaturalnej. Tak, owszem, miewam przebłyski rozsądku :D

Jeśli chodzi o mój bilans rzeczy zrobionych przez ferie, to mogę do niego zaliczyć dokończoną (w końcu!) "Dżumę", nadrobione zaległości z maty i zaczętą (dopiero) pracę maturalną. To mówiąc o szkole. A jeśli chodzi o jako takie życie towarzyskie, to kilka spotkań z C., (tylko) jedno spotkanie z Martyną i Olą i jakieś tam przelotne rozmówki z koleżankami z gimnazjum w komunikacji publicznej. Pomijając częstotliwość kursów autobusowych na moje odludzie, zaniedbałam co niektórych przez te ferie strasznie, aż wstyd.

Ja chcę w końcu ogaarniaać.

Ach, ach, bym zapomniała. Chciałam podzielić się z Wami pewnym cytatem z mojej właśnie ostatniej przeczytanej lektury, o której już wspomniałam. Sama nie wiem, czemu, ale spodobał mi się ten fragment:
"Za­pasy życia, które robili przez te miesiące, żyjąc życiem utajonym, zużywali dziś, w ten dzień, (...) nazajutrz rozpocznie się zwyczajne życie, a wraz z nim przezorność."
Swoją drogą, jest w tym coś prawdziwego. Czasem wpadamy w rutynę i nie potrafimy cieszyć się życiem, tym co mamy i doceniamy to dopiero wtedy, gdy tę rutynę przerwie nam coś złego i nieoczekiwanego...

Jak poprzednio, tak i tym razem mam dla Was świeży make-up'ik. Zrobiony dziś. Przed chwilą właściwie :)



Zdjęcia tym razem zrobione aparatem, jakość telefonu jednak powala umiarkowanie ;)
Mam jeszcze kilka z ostatniego spaceru, podczas śnieżycy :)

To wygląda co najmniej dziwnie, wiem. Flesz + padający śnieg.

Moje psisko :)


Ostatnio mam małego bzika na punkcie pewnej piosenki. Prawdę mówiąc, ja cały czas mam jakąś piosenkę lub dwie, których cały czas słucham, ale akurat ta działa na mnie jakoś szczególnie. Strasznie lubię ją śpiewać, pasuje mi jej tonacja. Ale też gdy jej słucham, czasem prawie lecą mi łzy. Nie mam pojęcia, czemu, bo raczej nie jestem typem płaczącej królewny. Muszę szczerze pogratulować tej piosence umiejętności.
Wstawiam filmik, nie wiem, jak wstawić samą muzykę do postu. Może ktoś wie i ma ochotę mnie oświecić? :)


Cóż, na mnie już pora. Trzymajcie się :)