czwartek, 27 czerwca 2013

A dziś jestę kucharzę / cz.1

Z racji tego, że każdy udany wyczyn w kuchni wprawia mnie w dumę, postanowiłam od czasu do czasu pochwalić się tutaj moimi eksperymentami. Żadnych majstersztyków tu nie znajdziecie, ale może chociaż jakąś inspirację na stworzenie czegoś smacznego :) (mam taką nadzieję przynajmniej).

Shake waniliowo - bananowy

 Składniki na dwie niewielkie porcje:
* 1 budyń waniliowy (ilość w zależności od upodobań - ja wykorzystałam połowę)
* pół banana
* napój mleczny o smaku bananowym lub mleko + cukier waniliowy
coś do dekoracji, czyli:
* bita śmietana, starta gorzka czekolada, może być też cappuccino

Przygotowanie:
Pokroiłam banana w plasterki i zalałam napojem.


Dodałam budyń i zblendowałam.


Przelany do szklanki shake posypałam gorzką czekoladą i cappuccino.


Polecam! :D
Z budyniem shake jest fajnie gęsty, także myślę, że to całkiem dobre połączenie. A jeśli chodzi o płyn pod żółtą nakrętką, to szczerze mówiąc, dla mnie był nie do wypicia solo (słooodki), dlatego go tutaj wykorzystałam. Następnym razem raczej skorzystam z zamiennika :)


środa, 12 czerwca 2013

Aleją gwiazd

Lol, uwielbiam swoje łącze internetowe. Włączając jakąś mniej lub bardziej skomplikowaną stronę, za każdym razem zastanawiam się, czy wczyta się tak, jak trzeba, czy w wersji podstawowej z białym tłem i niebieskimi linkami. Cóż, mój malowniczy wygwizdów ma swoje ograniczenia.

Wczoraj, podczas podróży pociągiem, przysiadł się do mnie człowiek, który brutalnie oderwał mój wzrok od widoku za oknem. Uzbrojony był w empetrójkę i słuchawki (i dwoje oczu nienaturalnie oddalonych od siebie). Normalnie raczej nie wzbudziłby we mnie negatywnych emocji, jednak poziom głośności jego repertuaru zmuszał wszystkich wokół do słyszenia i rozumienia słowo w słowo jego treści. I to nie byle jakiej treści. Ale do tego jeszcze wrócę.

Na szczęście nie był to dzień, w którym zapomniałam słuchawek do telefonu. Aby słyszeć własną muzykę, musiałam podkręcić głośność dwa razy wyżej, niż zwykle i unikać kawałków ze słabo zapełnionym tłem.
Czemu ludzie tak się zachowują? Patrząc posępnie to na niego, to w szybę, zastanawiałam się, czy to praca jego mózgu jest na tyle oporna i głośna, że chce ją za wszelką cenę zagłuszyć, jego myśli kosmate i nieczyste, że chce się ich pozbyć, czy też ma zadanie obserwować, jak ludzie reagują na świrów w pociągach.

Moje rozważania nie trwały jednak długo, bo - ku mojej radości - zaraz miałam wysiadać. Schowałam słuchawki i stanęłam przy drzwiach, wyczekując ich otwarcia, ale... No właśnie, co mogło się stać? Pociąg zatrzymał się tuż przed stacją. Jeszcze chwilka. Jaaasne. Słowo daję, nie pamiętam chyba dłuższej. ALEJĄ GWIAZD, ALEJĄ GWIAZD BIEGNIEMY... jeszcze dźwięczy mi w uszach. Były to piosenki Zdzisławy Sośnickiej (teraz już wiem). Z całym szacunkiem, ale chyba już ich nie polubię.

Wysiadłam, a mój towarzysz odjechał. Aleją gwiazd. Szerokiej drogi.

To chyba najgorsza forma egoizmu w środkach komunikacji publicznej.
Czemu się nie przesiadłam? Nie wiem. Pewnie po prostu mi się nie chciało.


Zdjęcie znalezione w Google


poniedziałek, 3 czerwca 2013

Always on the run

Sądziłam, jak widać, naiwnie, że w wakacje złapię oddech i czas będę mieć na wszystko. Naiwnie. Zdobycie pracy przez koleżankę zmotywowało mnie do znalezienia swojej. Scrollowanie ofert na gumtree przez dwa wieczory i wysłanie cv razy kilka zaowocowało dwiema rozmowami kwalifikacyjnymi. Pierwsza - do kawiarni na Nowym Świecie. Praca zmianowa od 6.00 do popołudnia lub od popołudnia do 22/23:00. Jakieś zastrzeżenia? Skądże. Druga - mówiąc krótko, biuro. Miły pan w garniaku, miła rozmowa. "Ja jestem na tak, zapraszam za dwa dni". Za dwa dni dwóch panów w garniakach i podchwytliwe pytania. "Witamy na pokładzie". Zastanawiam się tylko, kiedy moje wtargnięcie na owy pokład poprą zyski na moim skromnym koncie bankowym. Na razie czeka mnie szereg szkoleń.

Ostatnich kilka dni nauczyło mnie, że spotkania z przyjaciółmi mogą być wyczerpujące. I to dosłownie. Po przejechaniu 10-20 km rowerem (przy mojej kondycji, zaznaczam), można tylko zsiąść i doświadczać jakże miłego zjawiska uginania się nóg, bólu w tylnej części ciała, tudzież wilgoci w kilku innych. Najlepiej jednak przebrać się, usiąść i nie wstawać z miejsca do końca dnia.

Po uświadomieniu sobie, że czas na ewentualny telefon z kawiarni minął, zrobiło mi się niezmiernie smutno. Przemyślałam ponownie wszystkie za i przeciw pracy tam i z przykrością pogodziłam się z tym, że nie dano mi szansy grzecznego odmówienia.

Pomiędzy żalem, wydzielaniem potu i eleganckimi spotkaniami, mój czas dzielił się też na dwa 'ogniska' (koniec końców odbywające się w domu), grill rodziców, (po części wiążącym się z tym) zatrudnieniem mnie jako niekoniecznie taniej siły roboczej, przeprowadzkę do nowego komputera oraz mecz futbolu amerykańskiego.

Ponadto obmyślam chytry plan zmienienia czegoś na blogu. Czy będą to zmiany diametralne, jeszcze nie wiem, ale mój mózg pracuje.
A może... jakieś sugestie? :)

A propo.