czwartek, 29 sierpnia 2013

Lublin, a Lublin

Tydzień temu, mianowicie w czwartek, w ramach "rodzinnego wyjazdu", odwiedziłam Lublin. Jechałam tam, szczerze mówiąc, bez wielkiego entuzjazmu, gdyż nie kojarzyłam z tym miastem jakichś szczególnych walorów. Zawitałam tam kiedyś na wycieczce szkolnej do Radia Lublin. Była jesień, typowa NIE-"złota polska". Zimna, szara i mglista. Na dodatek coś deszczopodobnego sączyło się z nieba. Zamiast wysiadać z autokaru, miałam ochotę wracać do domu. Zabawne, jak pogoda może ukształtować ludzkie poglądy na temat konkretnego miejsca.
Tym razem jednak, Lublin okazał się miłym zaskoczeniem. Słoneczna, letnia pogoda pozwoliła mi poznać go w końcu z tej lepszej strony. Miasto składa się z wielu zabytkowych zabudowań, między którymi kryją się urokliwe uliczki i klimatyczne knajpki.


 

Odbywał się tam też wtedy Jarmark Jagielloński, z powodu którego właściwie się tam wybraliśmy. Sporo się działo. Albo raczej sporo było do oglądania / kupowania. Najbardziej urzekły mnie i wręcz zatrzymały przy stoisku wełniane koty <3


Stwierdziłam jednak, że nie byłabym dobrą właścicielką takiego stwora. U mnie zbierałby tylko kurz na jakimś godnym stanowisku, dlatego zostawiłam je z nadzieją, że trafią w jakieś lepsze ręce, niż moje.


Wypuścić z rąk natomiast już nie mogłam pary błyskotek, które od razu wpadły mi w oko. Naszyjnik i bransoletka z małych, drobnych koralików. 

Razem całe 25zł. Czy nie warto? <3

W pewnym momencie nie dało się nie usłyszeć dziwnego huku, który w miarę narastania przypominał coraz bardziej brzmienie bębnów i dud. Była to "węgierska grupa muzyczna grająca muzykę średniowieczną". Wśród nich był też koleś wymachujący węgierską flagą, jadący na wielkiej, miedzianej kurze. Udeptywał kolegom drogę.


Jeden z nich prawie wpadł mi w oko. Ładnie grał na bębnie i całkiem dobrze się prezentował. I miał niezły trawniczek na plecach xD


A to mój drugi faworyt. Strój: +100 do bycia przystojnym.


Przez pół dnia moje oczy zwiedziły każde stoisko co najmniej raz. A nie było to małe przedsięwzięcie. Kupcy handlowali najróżniejszymi rzeczami. Oprócz wyżej już wymienionych kotów i biżuterii można było tam znaleźć wełniane wzorzyste koce i narzuty, wieńce z suszonych kwiatów, ozdoby plecione ze słomy, drewniane łyżki, gliniane malowane naczynia, witraże, ekologiczne kosmetyki i żarełko: swojski chleb ze smalcem, pierogi, żydowskie cebularze i smażone placki z ciasta przypominającego francuskie nadziewane mięsem, które pachniały mi przez całą powrotną drogę na tylnym siedzeniu.


Nie życzę, nie radzę i nie polecam nikomu pisać posta "na raty"!

niedziela, 18 sierpnia 2013

Powrót pozytywnych myśli

Kurde. Co tu dużo kryć, nie było mnie tu dość długo. Nie było mnie, i to na serio. Komputer ostatnimi czasy przestał być dla mnie atrakcyjnym towarzystwem, a perspektywa posiedzenia przy nim przez dłuższy czas z angażem mózgu wydawała się bardzo przykra. Ograniczałam się zatem do sprawdzania poczty i fejsa. Ach. I wyników rekrutacji. No tak, przez dłuższy czas czułam się, jak zawieszony w powietrzu przedmiot. Nie wiedziałam, co będzie dalej i nie zależało to już ode mnie. Po każdym kolejnym ogłoszeniu liczby wolnych miejsc na moim kierunku studiów miałam jakieś szanse, jakieś nadzieje, ale za każdym razem ktoś lepszy się przenosił i wypychał mnie z kolejki. Cóż, było to dość frustrujące. Opcja zmiany kierunku w trakcie rekrutacji to jak dla mnie niesprawiedliwy i raczej kiepski pomysł ze strony uczelni. No i... będę studiować na innej. Mam nadzieję, że wyjdzie mi ona na dobre i coraz pozytywniej się do niej nastawiam.

To tyle z mojej strony na dziś. Zaraz zabieram się za swoje zaległości blogowe i do pracy nad kolejnymi postami. Następny wkrótce! ;)



Arctic Monkeys - Why'd you only call me when you're high