Tym razem jednak, Lublin okazał się miłym zaskoczeniem. Słoneczna, letnia pogoda pozwoliła mi poznać go w końcu z tej lepszej strony. Miasto składa się z wielu zabytkowych zabudowań, między którymi kryją się urokliwe uliczki i klimatyczne knajpki.
Odbywał
się tam też wtedy Jarmark Jagielloński, z powodu którego właściwie się tam
wybraliśmy. Sporo się działo. Albo raczej sporo było do oglądania / kupowania.
Najbardziej urzekły mnie i wręcz zatrzymały przy stoisku wełniane koty <3
Stwierdziłam jednak, że nie byłabym
dobrą właścicielką takiego stwora. U mnie zbierałby tylko kurz na jakimś godnym
stanowisku, dlatego zostawiłam je z nadzieją, że trafią w jakieś lepsze ręce,
niż moje.
Wypuścić z rąk natomiast już nie mogłam
pary błyskotek, które od razu wpadły mi w oko. Naszyjnik i bransoletka z
małych, drobnych koralików.
Razem całe 25zł. Czy nie warto? <3
W pewnym momencie nie dało się nie usłyszeć dziwnego huku, który w miarę narastania przypominał coraz bardziej brzmienie bębnów i dud. Była to "węgierska grupa muzyczna grająca muzykę średniowieczną". Wśród nich był też koleś wymachujący węgierską flagą, jadący na wielkiej, miedzianej kurze. Udeptywał kolegom drogę.
Jeden z nich prawie wpadł mi w oko. Ładnie grał na bębnie i całkiem dobrze się prezentował. I miał niezły trawniczek na plecach xD
A to mój drugi faworyt. Strój: +100 do bycia przystojnym.
Przez pół dnia moje oczy zwiedziły każde stoisko co najmniej raz. A nie było to małe przedsięwzięcie. Kupcy handlowali najróżniejszymi rzeczami. Oprócz wyżej już wymienionych kotów i biżuterii można było tam znaleźć wełniane wzorzyste koce i narzuty, wieńce z suszonych kwiatów, ozdoby plecione ze słomy, drewniane łyżki, gliniane malowane naczynia, witraże, ekologiczne kosmetyki i żarełko: swojski chleb ze smalcem, pierogi, żydowskie cebularze i smażone placki z ciasta przypominającego francuskie nadziewane mięsem, które pachniały mi przez całą powrotną drogę na tylnym siedzeniu.
Nie życzę, nie radzę i nie polecam nikomu pisać posta "na raty"!













