Wczoraj była pierwsza próba poloneza z partnerami. Przez długi długi czas nie miałam pojęcia, z kim pójdę. Jakiś miesiąc temu zerwałam znajomość kosztującą mnie nie mało łez. Zapowiadała się tak, jak jeszcze żadna inna w moim życiu. Albo jestem cholernie naiwna. W każdym razie, wtedy byłam przekonana, że mój studniówkowy partner jest określony i pewny. Niestety. Pan T. udzielił mi niezłej lekcji. Nauczyłam się, że zbyt szybkie zaufanie może być bolesne. No cóż. Zaprosiłam więc kolegę Piotrka. Wiem, że swego czasu koledze Piotrkowi się podobałam, nawet mi to od czasu do czasu okazywał. Potrafił na przykład podejść do mnie na przerwie i stwierdzić, że "pięknie wyglądam". Poza tym kolega Piotrek ma ponad metr 90 i potrafi tańczyć, także wydawał się być całkiem dobrym towarzyszem na 100. Z komplementami czy smsami się ostatnimi czasy nie wyrywał, ale nadal go lubiłam. Zasadniczą dla mnie sprawą jest też wzrost. Nie należę do niskich dziewczyn, mam jakieś 173 cm, a w balerinach na studniówkę nie pójdę. Jednak to byłoby zbyt proste, gdybym szła z P. Jego rodzice się nie zgodzili. Podobno za często wracał do domu pijany. No cóż. Ja tam nie wiem. W każdym razie nie wiedziałam że taki z niego 'imprezowicz'. Ale szczerze mówiąc, wnerwiło mnie to, bo nie potrafił tego normalnie załatwić. Raz, że dał sobie tydzień na odpowiedź, o którą potem musiałam się upominać przy jego kumplach, bo jaśnie pan kolega P. nie raczył podejść do mnie, gdy czekałam na niego pod klasą. A dwa, nie przekonał rodziców. Może nie znam jego sytuacji, ale myślę, że ja przekonałabym swoich, nawet gdyby byli na nie. Studniówka to nie pierwsza lepsza potańcówka w remizie. Był też jeszcze inny kolega. Damian, którego lubiłam (i lubię nadal), ale 'zaniedbałam' przed pana T. Chodzi do klasy równoległej i wcześniej chyba troszkę liczyłam na to, że to on mnie zaprosi. Martyna, moja kumpelka, twierdzi, że mu się podobam. Właściwie to sama mam czasem takie wrażenie, ale jak tylko on da mi na to jakieś potwierdzenie, praktycznie od razu wiąże się to z zaprzeczeniem. Pisał do mnie w wakacje na fejsie. I to nie było takie 'pisanie', jak ze znajomą ze szkoły. Prawił mi komplementy i dowiedziałam się też o jego różnych dziwnych myślach, po części też dotyczących mnie. Oczywiście bilans 'dodatni' trzeba było zrównoważyć tym, że nie zaprosił mnie na swoją 18 (a pozapraszał sporo moich koleżanek). Poniekąd jest jednak na to wytłumaczenie. Miałam wtedy jeszcze chłopaka. Nie był to do końca udany związek, ale D. był jednym z powodów, dla których zerwałam. To prawda, choć nie jest też tak, że on mi się podoba ciągle i nieprzerwanie. Czasem chodzę zła na niego i nie lubię go bardziej niż lubię, bo zachowuje się jak gimnazjalista (nikomu tu nie uwłaczając). Zwyczajnie mi dokucza. Dziubie mnie pomiędzy żebrami. Ok, można raz. Dwa razy. Można trzy. Ale nie codziennie! Dowiedziałam się też, że idzie na 100 'z jakąś koleżanką z Warszawy' <mówione szeptem>
poniedziałek, 10 grudnia 2012
O łóżeczku, kilku kolesiach i studniówce
Po wstępie, który wyszedł chyba troszkę patetycznie i który brutalnie zaliczam jako nieudany, zabieram się do normalnego pisania. No cóż. Co tu dużo mówić. Jestem chora. Standardzik. I tak w tym sezonie jeszcze nie chorowałam, więc jak na datę, to mam całkiem niezły wynik. A co z chorobą związane, zostaję dziś w łóżeczku. Czy w łóżeczku wytrzymam cały dzień, nie wiem, ale póki co dobrze mi tu. Mogłam w sumie iść spać, ale stwierdzam, że ostatnio śpię za dużo. No słowo daję. W weekend budziłam się grubo po południu. Raz, jak kończyła się Familiada xD A więc o 14.30. Lol, może niedługo zapadnę w sen zimowy i w ogóle nie będę wstawać? To jeszcze się okaże. Bo - szczerze mówiąc - nie zależy to w dużej mierze ode mnie. Mój organizm rządzi się własnymi prawami. Jeśli za mało śpię, on WYMAGA więcej snu. Niezależnie od tego czy ja mam rano sprawdzian, odpowiedź, czy coś innego, na czym muszę być. Liczy się tu i teraz. Za mało snu = zostajesz i śpimy.
Ogólnie rzecz biorąc, moje dzisiejsze decyzje życiowe można uznać za trafne. W tym miejscu pojawia się jednak wiele opcji działania. Zamiast szkoły, mam do dyspozycji wiele ciekawych lektur leżących obok łóżka. Jest zaległa praca domowa z angola, z hiszpana, zaległy, nie przeczytany Cosmopolitan, vademecum z geografii. Auć. Wszystko zaległe. To dobrze obrazuje moje ogarnięcie.
Wczoraj była pierwsza próba poloneza z partnerami. Przez długi długi czas nie miałam pojęcia, z kim pójdę. Jakiś miesiąc temu zerwałam znajomość kosztującą mnie nie mało łez. Zapowiadała się tak, jak jeszcze żadna inna w moim życiu. Albo jestem cholernie naiwna. W każdym razie, wtedy byłam przekonana, że mój studniówkowy partner jest określony i pewny. Niestety. Pan T. udzielił mi niezłej lekcji. Nauczyłam się, że zbyt szybkie zaufanie może być bolesne. No cóż. Zaprosiłam więc kolegę Piotrka. Wiem, że swego czasu koledze Piotrkowi się podobałam, nawet mi to od czasu do czasu okazywał. Potrafił na przykład podejść do mnie na przerwie i stwierdzić, że "pięknie wyglądam". Poza tym kolega Piotrek ma ponad metr 90 i potrafi tańczyć, także wydawał się być całkiem dobrym towarzyszem na 100. Z komplementami czy smsami się ostatnimi czasy nie wyrywał, ale nadal go lubiłam. Zasadniczą dla mnie sprawą jest też wzrost. Nie należę do niskich dziewczyn, mam jakieś 173 cm, a w balerinach na studniówkę nie pójdę. Jednak to byłoby zbyt proste, gdybym szła z P. Jego rodzice się nie zgodzili. Podobno za często wracał do domu pijany. No cóż. Ja tam nie wiem. W każdym razie nie wiedziałam że taki z niego 'imprezowicz'. Ale szczerze mówiąc, wnerwiło mnie to, bo nie potrafił tego normalnie załatwić. Raz, że dał sobie tydzień na odpowiedź, o którą potem musiałam się upominać przy jego kumplach, bo jaśnie pan kolega P. nie raczył podejść do mnie, gdy czekałam na niego pod klasą. A dwa, nie przekonał rodziców. Może nie znam jego sytuacji, ale myślę, że ja przekonałabym swoich, nawet gdyby byli na nie. Studniówka to nie pierwsza lepsza potańcówka w remizie. Był też jeszcze inny kolega. Damian, którego lubiłam (i lubię nadal), ale 'zaniedbałam' przed pana T. Chodzi do klasy równoległej i wcześniej chyba troszkę liczyłam na to, że to on mnie zaprosi. Martyna, moja kumpelka, twierdzi, że mu się podobam. Właściwie to sama mam czasem takie wrażenie, ale jak tylko on da mi na to jakieś potwierdzenie, praktycznie od razu wiąże się to z zaprzeczeniem. Pisał do mnie w wakacje na fejsie. I to nie było takie 'pisanie', jak ze znajomą ze szkoły. Prawił mi komplementy i dowiedziałam się też o jego różnych dziwnych myślach, po części też dotyczących mnie. Oczywiście bilans 'dodatni' trzeba było zrównoważyć tym, że nie zaprosił mnie na swoją 18 (a pozapraszał sporo moich koleżanek). Poniekąd jest jednak na to wytłumaczenie. Miałam wtedy jeszcze chłopaka. Nie był to do końca udany związek, ale D. był jednym z powodów, dla których zerwałam. To prawda, choć nie jest też tak, że on mi się podoba ciągle i nieprzerwanie. Czasem chodzę zła na niego i nie lubię go bardziej niż lubię, bo zachowuje się jak gimnazjalista (nikomu tu nie uwłaczając). Zwyczajnie mi dokucza. Dziubie mnie pomiędzy żebrami. Ok, można raz. Dwa razy. Można trzy. Ale nie codziennie! Dowiedziałam się też, że idzie na 100 'z jakąś koleżanką z Warszawy' <mówione szeptem>. Nie ma to jak nuta konspiracji xD No cóż, niech idzie.
Do czego dążę? Ciągle do tego, z kim idę ja. Łoł, trochę mi się schodzi.
A więc po odmowie Piotrka stwierdziłam, że czas już chyba odnowić stare znajomości i napisałam do kolegi z gimnazjum, z którym bardzo dobrze mi się bawiło na paru tegorocznych osiemnastkach. Przy okazji zapytałam, jak się ma jego prawko, bo miał zdawać na początku grudnia. Nie odpisał mi. Zaczynałam się na prawdę załamywać. Moje perspektywy nie wyglądały zbyt kolorowo. Mogłam iść jeszcze ze znajomym koleżanki, który 'miał ochotę się wkręcić na tą 100'. Świetnie.
Weszłam na gadu. Napisał do mnie Rafał, kolega z klasy. Pytał coś o lekcje i takie tam. W momencie, gdy standardowa rozmowa powinna się skończyć, napisał, że ma do mnie sprawę... Zaprosił mnie na studniówkę! Nie wierzyłam własnym oczom. Mówiąc w skrócie, ucieszyłam się, zgodziłam i idziemy razem :D
Jak się później dowiedziałam, napuściła go moja kumpelka. Gadała z nim i też miał problem z partnerką.
Po wczorajszej próbie jestem całkowicie przekonana, że to dobry pomysł. Obydwoje jesteśmy z klasy i obydwojgu z nas zależy, żeby wszystko wyszło jak najlepiej. Każde z nas się starało. No i mam partnera, którego nie muszę uczyć układu :D + R. jest wysoki, ma 'metr 90 spokojnie', więc o buty też nie muszę się martwić :D Poza tym, mówiąc szczerze, lubię go dużo bardziej, niż Piotrka.
I gitara.
Jej, jeśli ktoś przeczytał całość, to jestem pełna podziwu :D
No cóż, troszkę się rozpisałam, chyba pora skończyć :)
A jak u Was wygląda sytuacja studniówkowa? A może wszystko przed Wami? Piszcie ;)
Buziole :*
Wczoraj była pierwsza próba poloneza z partnerami. Przez długi długi czas nie miałam pojęcia, z kim pójdę. Jakiś miesiąc temu zerwałam znajomość kosztującą mnie nie mało łez. Zapowiadała się tak, jak jeszcze żadna inna w moim życiu. Albo jestem cholernie naiwna. W każdym razie, wtedy byłam przekonana, że mój studniówkowy partner jest określony i pewny. Niestety. Pan T. udzielił mi niezłej lekcji. Nauczyłam się, że zbyt szybkie zaufanie może być bolesne. No cóż. Zaprosiłam więc kolegę Piotrka. Wiem, że swego czasu koledze Piotrkowi się podobałam, nawet mi to od czasu do czasu okazywał. Potrafił na przykład podejść do mnie na przerwie i stwierdzić, że "pięknie wyglądam". Poza tym kolega Piotrek ma ponad metr 90 i potrafi tańczyć, także wydawał się być całkiem dobrym towarzyszem na 100. Z komplementami czy smsami się ostatnimi czasy nie wyrywał, ale nadal go lubiłam. Zasadniczą dla mnie sprawą jest też wzrost. Nie należę do niskich dziewczyn, mam jakieś 173 cm, a w balerinach na studniówkę nie pójdę. Jednak to byłoby zbyt proste, gdybym szła z P. Jego rodzice się nie zgodzili. Podobno za często wracał do domu pijany. No cóż. Ja tam nie wiem. W każdym razie nie wiedziałam że taki z niego 'imprezowicz'. Ale szczerze mówiąc, wnerwiło mnie to, bo nie potrafił tego normalnie załatwić. Raz, że dał sobie tydzień na odpowiedź, o którą potem musiałam się upominać przy jego kumplach, bo jaśnie pan kolega P. nie raczył podejść do mnie, gdy czekałam na niego pod klasą. A dwa, nie przekonał rodziców. Może nie znam jego sytuacji, ale myślę, że ja przekonałabym swoich, nawet gdyby byli na nie. Studniówka to nie pierwsza lepsza potańcówka w remizie. Był też jeszcze inny kolega. Damian, którego lubiłam (i lubię nadal), ale 'zaniedbałam' przed pana T. Chodzi do klasy równoległej i wcześniej chyba troszkę liczyłam na to, że to on mnie zaprosi. Martyna, moja kumpelka, twierdzi, że mu się podobam. Właściwie to sama mam czasem takie wrażenie, ale jak tylko on da mi na to jakieś potwierdzenie, praktycznie od razu wiąże się to z zaprzeczeniem. Pisał do mnie w wakacje na fejsie. I to nie było takie 'pisanie', jak ze znajomą ze szkoły. Prawił mi komplementy i dowiedziałam się też o jego różnych dziwnych myślach, po części też dotyczących mnie. Oczywiście bilans 'dodatni' trzeba było zrównoważyć tym, że nie zaprosił mnie na swoją 18 (a pozapraszał sporo moich koleżanek). Poniekąd jest jednak na to wytłumaczenie. Miałam wtedy jeszcze chłopaka. Nie był to do końca udany związek, ale D. był jednym z powodów, dla których zerwałam. To prawda, choć nie jest też tak, że on mi się podoba ciągle i nieprzerwanie. Czasem chodzę zła na niego i nie lubię go bardziej niż lubię, bo zachowuje się jak gimnazjalista (nikomu tu nie uwłaczając). Zwyczajnie mi dokucza. Dziubie mnie pomiędzy żebrami. Ok, można raz. Dwa razy. Można trzy. Ale nie codziennie! Dowiedziałam się też, że idzie na 100 'z jakąś koleżanką z Warszawy' <mówione szeptem>
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Suuper blog :3
OdpowiedzUsuńkaroo-blog.blogspot.com